fbpx Skip to main content

Mieszkanie samemu w obcym kraju to wcale nie taka łatwa sprawa. To po prostu szkoła życia i sprawdzanie swoich możliwości. Mimo sporych minusów (na początku) to mieszkanie w Hiszpanii to jak dotąd moja najlepsza życiowa przygoda. Usiądź wygodnie, weź kawę do ręki i chodź, opowiem Ci, dlaczego chociaż raz powinieneś zamieszkać za granicą!

Dowiesz się kim jesteś (prawie)

Wyprowadziłam się do Walencji prawie rok po tym, jak zrezygnowałam ze studiów. Miałam wtedy jakoś 20 lat. Odłożyłam sobie trochę pieniędzy i wyjechałam “za lepszym życiem”. Mieszkam tutaj już prawie dwa lata i dokładnie tyle samo zajęło mi odnalezienie odpowiedzi na pytania z cyklu: kim jestem, czego chcę od życia, czego nie chcę, obok kogo chcę przebywać, jakie są moje marzenia, czego nie lubię, do czego jestem zdolna etc. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że te odpowiedzi na pytania zmieniają się wraz ze mną. Czyli co jakieś 3 dni. 😁 A tak serio to żartuję, coś mi się tam już w głowie wyklarowało 😉.

Początek w Hiszpanii to był trudny czas, który tak naprawdę rozpoczął się w moim przypadku mini depresją i załamaniem (czego mój Instagram Ci nie powie ;)). Przed wyjazdem żyłam w przekonaniu, że jak przeprowadzę się do pięknego miejsca z widokiem na palmę to wszystkie moje problemy z samą sobą jakoś magicznie znikną. Nie zniknęły. W zasadzie to się… podwoiły. Te dwa lata nauczyły mnie zaufania do siebie, wytrwałości, niepoddawania się, dążenia do tego, by żyć po swojemu i na swoich zasadach. Bo warto. Bo tak trzeba, żeby potem na starość nie żałować swoich wyborów. Bo taka jest moja życiowa filozofia YOLO, która wbrew pozorom nie jest taka łatwa jak można byłoby pomyśleć. To nie jest tylko, yolo, yolo, imprezki i żadnej kurwa wartości (pozdrawiam Cię Bogdan cieplutko!). Bo YOLO dla mnie to sztuka wyborów i podejmowanie ryzyka, w imię tego, by chodzić własnymi niewydeptanymi ścieżkami. Bo kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Wersja walencjańska: kto nie ryzykuje ten nie pije wina! Lambrusco, moje ulubione! 😉



Nauczysz się języka nawet jeśli myślisz, że jesteś totalnym beztalenciem

Zawsze wmawiałam sobie, że nie mam talentu do języków. Powtarzałam sobie to jak mantrę no i w rzeczywistości tak też było. Jak przyleciałam do Walencji to, żeby jakoś się utrzymać na miejscu, musiałam zacząć pracować z zagranicznymi klientami. Mój angielski był dosyć fatalny, ale siedziałam, uczyłam się mówić i czarować pierwszych klientów. I faktycznie małymi krokami udało się przełamać barierę w mojej głowie. Ja na serio jeszcze 2,5 roku temu prawie w ogóle nie mówiłam po angielsku (mimo, że w liceum chodziłam do szkoły językowej i miałam 10h zajęć w tygodniu!). Tak samo z hiszpańskim… wcześniej mieszkałam z kimś, obracałam się wśród polaków i ludzi, którzy mówili głównie po angielsku, co w ogóle było błędem! Jak teraz myślę o tym to żal mi straconego czasu!

Aktualnie mieszkam z Hiszpanami, którzy na szczęście nie chcą ćwiczyć ze mną angielskiego (dzięki Bogu). Dlatego też przez ostatnie miesiące nauczyłam się na tyle hiszpańskiego, że jak już się rozgadam to nie mogę przestać mówić :D. W tym wypadku najlepszym sposobem na naukę jest zwyczajnie… stres albo zakochanie się w kimś. Moja przyjaciółka kolumbijka kiedyś mi powiedziała: “Angie, all you need to learn language is… a Spanish dick”. Nie praktykowałam, ale słyszałam, że to jeden ze sposobów. Ponoć najbardziej skuteczny! 😉

Przestaniesz (aż tak) się bać wszystkiego

Jestem strasznym introwertykiem. Boję się ludzi (teraz już mniej). Mimo, że robię jakieś szalone rzeczy to jestem trochę boi dupą. Zawsze byłam. Tyle że jestem tego świadoma i staram się nad tym pracować. Przez ostatnie miesiące wyrobiłam sobie nawyk “zmuszania się do robienia rzeczy”. Tylko po to, by mieć poczucie, że nie stoję w miejscu. Bo prawda jest taka, że nigdy nie będzie odpowiedniego czasu na rozpoczęcie czy spróbowanie czegokolwiek. Najlepszy czas jest… teraz.

Mimo zmuszania samej siebie, zawsze zaliczam dogłębną analizę sytuacji i obmyślam wszystko na milion sposobów. A potem zapisuję, notuję, kreślę i rysuję w moim zeszycie bez którego się nigdzie nie ruszam.

Przez liczne dramy, stresy, zmiany życiowe i zawodowe faktycznie przestałam się, aż tak bać życia. Wręcz przeciwnie, nauczyłam się po prostu próbować, doświadczać i brać wszystko na klatę. Ze świadomością, że nie zawsze wszystko będzie po mojej myśli. No bo co tu dużo mówić, życie za granicą to jedna wielka niewiadoma i niestabilność (a jak jesteś freelancerem, to już w ogóle). Czasem sama się zastanawiam co się tutaj odjaniepawla i co ja w ogóle tutaj robię sama na drugim końcu Europy. Rollercoaster level 6000.

Zdarza się, że dzwonię do mojej mamy w pełnej ekstazie życiowej, bo czuję się “upita” szczęściem i moim życiem, a innym razem dzwonię, płaczę, szlocham i się denerwuje. Przyzwyczaiłam się do tego, bo tak po prostu jest. Pełen wachlarz emocji i doświadczeń, bo nic nie jest jednostajne. Im szybciej sobie to uświadomisz tym lepiej dla Ciebie.

Poznasz ludzi, którzy wywrócą Twoje życie do góry nogami

Odkąd pamiętam zawsze byłam typem samotnika i ciężko było mi znaleźć kogoś z kim mogłabym się przyjaźnić. W zasadzie to nigdy nie mogłam powiedzieć, że miałam jakąś przyjaciółkę, bo zawsze zadawałam się tylko z chłopakami. Potem przyjechałam do Walencji… i zaprzyjaźniłam się z najlepszymi dziewczynami pod słońcem. To one i kilka innych osób nauczyło mnie, co to tak na serio znaczy być prawdziwym przyjacielem. Wspólnie reprezentujemy Polskę, Hiszpanie, Włochy, Litwę i Kolumbię. A po godzinach oczywiście siejemy spustoszenie na walencjańskich ulicach jak na mafię przystało 😁. Aneta, Joana I miss you!

Agata, Valeria, Joana, Andżelina i Lau! Moje 22 urodziny po… polsku z pierogami ruskimi!

Obudzi się w Tobie Twój wewnętrzny patriota

Pochodzę z Opola. Dosyć małe i średnio interesujące miasto. Jeśli ktoś 4 lata temu zrobiłby ranking “top 10 największych hejterów Opola” to pewnie stanęłabym na podium. Teraz jak jestem sama za granicą to czasem tęsknie za nim. Tęsknie za tym, że mam dom rodzinny w bardzo ładnej lokalizacji, bo obok lasu. Tęsknie za tym, że jak się budzę rano to jest cicho i że nie słyszę ulicznego gwaru… Jak pewnie wiecie, albo też nie, to… Hiszpanie są głośni. Wiecznie krzyczą, a raczej drą mordę! Co więcej, Walencja to trzecie największe miasto w Hiszpanii, więc możecie sobie wyobrazić co się tutaj czasem dzieje. W szczególności latem, o 3 nad ranem jak pijany Enrique śpiewa Ci zachrypniętym głosem cały repertuar wokalny Shakiry. Przez 30 minut. Akurat przypadkiem, niefortunnie pod Twoim oknem!

Mimo wszystko staram się wracać dosyć często do Polski. A jak już jestem, to odwiedzam nowe miasta i nieznane wcześniej miejsca. Bo tak na serio to, wyjechałam za granicę nie znając nawet dobrze mojego własnego “podwórka”. Z czym wciąż nie mogę się pogodzić, dlatego nadrabiam w miarę możliwości. Poza tym… nie ma nic lepszego jak polskie produkty. Polska śmietana, ogórki kiszone (marzę wiecznie o zupie ogórkowej), nasze wędliny, wyroby cukiernicze… HALO, jakby ktoś chciał otworzyć polską knajpę w Walencji to pomogę z marketingiem! Hiszpańska kuchnia tak bardzo mi nie pasuję, że w imię polskiego jedzenia mogłabym pomóc w rozwoju czyjegoś biznesu i przy okazji promocji naszego kraju! 😉

PS. Co drugi Hiszpan, którego poznaje był już przynajmniej dwa razy w Polsce. Typowy napotkany kojarzy Kraków, Wrocław, Warszawę i Gdańsk. Uwielbia polską wódkę, pierogi i… żurek :). Zna od 5 do 10 polskich zwrotów. Oczywiście najważniejsze to “KURWA”. Bo jakżeby inaczej. Chociaż też zdarza się, że ludzie myślą, że w Polsce mówimy po rosyjsku. Ostatnio ktoś nawet na plaży, zapytał się mnie czy jestem dziewczyną ruskiego mafiozy. 😉

Jakby ktoś nie widział to wklejam mój yolo, wakacyjny film z Walencji ;). Pewnie niedługo zrobię update!

Leave a Reply